Warto poznać: biografię | płyty | filmy | firmowe koperty | książki
sceniczne | więcej | wspomnienia | zdjęcia
Start | Co nowego | Książka gości | Linki | Wyszukiwarka




* * *


Joachim E. Berendt, producent:
Z Komedą natychmiast złapałem kontakt i wywiązała się jedna z największych przyjaźni mego życia. I potem wiadomo co z tej przyjaźni się zrodziło. W 1967 roku Krzysztof nagrał dla mnie płytę z cyklu "Jazz i poezja" z muzyką napisaną do wierszy wybitnych współczesnych polskich poetów, m.in. Czesława Miłosza, który jak dobrze wiem, był wtedy w Polsce zakazany. A po śmierci Krzysztofa Komedy zrealizowałem w hołdzie dla niego album "We'll Remember Komeda". Napisał tyle wspaniałej muzyki filmowej. Według mnie był on największym kompozytorem filmowym minionego wieku. (...) To była zupełnie inna kategoria muzyki filmowej. [Jazz Forum 3/2000]


* * *


Jan Biczycki, reżyser teatralny:
Zetknąłem się z nim oczywiście w Stodole. Od razu przed nim klęknąłem, bo był to chłopak o wielkiej sile inspiracji. Jego muzyka miała niesamowitą siłę. Przy wspaniałej liryczności, melodyjności, miała niesłychaną dyscyplinę jazzową. Nigdy tam nie było nic ckliwego, sentymentalnego. Niemal sucha, choć szalenie uczuciowa, wielka muzyka. Często chodziłem za nim do różnych piwnic, gdzie grał. Była taka piwnica na Chmielnej. To było przecież jeszcze przed Październikiem. To było takie miejsce, gdzie można było dzięki tej muzyce oddychać wolnością i w tych ponurych czasach nie nudzić się. Często chodziłem do niego nawet sam, żeby posłuchać. (...) Krzyś był tak łagodnym i cierpliwym człowiekiem. Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Nigdy nawet nie słyszałem, by mówił głośno. Mówił cicho, co sprawiało takie wrażenie, jakby był zażenowany, a przecież tak nie było. Świadczyło to o tym, że był człowiekiem bardzo skromnym i delikatnym i przez to tak niesłychanie ujmującym. Jemu się wszystko brało z ręki i dziękowało, że jest, że poświęca swój czas. [Jazzi 12]


* * *


Dave Brubeck, muzyk:
Jednego z największych muzyków jakich kiedykolwiek poznałem, spotkałem tu w Polsce. Był nim Krzysztof Komeda. Miał dyplom medycyny. Krzysztof zapytał mnie: 'Czy powinienem być muzykiem czy lekarzem?'. Odpowiedziałem: 'Jesteś jednym z najbardziej utalentowanych ludzi, jakich poznałem. Uważam, że powinieneś być muzykiem'. I później długo zastanawiałem się, czy gdybym wówczas powiedział 'bądź lekarzem', to on być może jeszcze by żył. [Jazz Forum, 6/1995]


* * *


Don Cherry, muzyk:
Praca z Komedą wywarła na mnie trwały wpływ... Pracował z miłością i smakiem. Jego muzyka jest ponadczasowa. Dziś brzmi ona równie świeżo jak wtedy i zawsze będzie świeża... [We'll Remember Komeda]


* * *


Jerzy Hoffman, reżyser:
Krzysztof był człowiekiem niesłychanie utalentowanym, przy czym czuł kino niesamowicie jakimś takim nerwem... Po prostu był profesjonalistą, to nie był człowiek, który przychodzi z zewnątrz i mówi jak on sobie coś tam wyobraża. On wiedział co robi i do czego dąży. Bywa tak, że koledzy, przyjaciele, po zetknięciu się w pracy rozstają się w stosunkach raczej ochłodzonych. Do tego oczywiście nie doszło między nami. [Jazzi 19]


* * *


Miroslaw Kijowicz, reżyser:
Był on zainteresowany wyłącznie filmami o pewnej nośności politycznej. Powiedział mi: "Nie rób w tej pantomimie arlekinady, bo ja ci nie zrobię do tego muzyki. Tym bardziej nie zrobię nigdy presynchronu. Ja musze widzieć obrazki".
Nasze rozmowy odbywały się głównie w samochodzie - Komeda bardzo lubił samochody - czasami chodziliśmy do kawiarni, ale tego nie lubił. I to były piękne rozmowy! Miał w sobie bardzo dużo takiego uśmiechu, radości życia i cieszył się właśnie tym, że możemy robić filmy polityczne. Zawsze mówił, że przyjedzie nawet z najdalszego zakątka świata, żeby zrobić taki film. (...) Komeda miał w sobie coś z harcerza, takiego radosnego harcerza, który ciągle poszukuje potwierdzenia swojej sprawności. Te jego zdjęcia, kiedy jest tak uśmiechnięty nad klawiaturą są może najlepsze. Wspaniale współpracował z ludźmi... [Jazzi 20]


* * *


Henryk Kluba, reżyser:
Komeda zrobił na mnie wrażenie człowieka małomównego, delikatnego, subtelnego. Choć miał poczucie humoru, było oczywiste, że jego osobowość stanowi zamknięty świat, do którego trudno przeniknąć. [Filmówka, s. 118]


* * *


Jerzy Milian, muzyk:
Maksymalista życiowy. Ten to właśnie "program maximum", konsekwentnie przez Krzysztofa realizowany, zrobił ze mnie wibrafonistę. On mnie odkrył. On mnie na początku "ulepił". Każdy z jazzmanów przeżywał chyba chwile załamania twórczego, zastanawiając się czasami nad sensem tego, co się aktualnie robi, wobec osiągnięć światowej czołówki. Jakże pomagały mi w takich chwilach kontakty z Krzysztofem, jednym z niewielu muzyków w Polsce, którzy nigdy nie prawią okolicznościowo-grzecznościowych komplementów. Kiedy nasze drogi się rozeszły, nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej pomocy, czy to akompaniując na Jamboree, czy to dokonując bardzo rzeczowej pod względem stylu analizy moich kompozycji. Swoją intuicją wprowadzał mnie w szczery podziw. [Czas Komedy, s. 112]


* * *


Agnieszka Osiecka, poetka:
Ruda czupryna Krzysia Komedy łagodnie płonęła nad klawiszami jak lampka nocna. Zawsze ze dwie lub trzy rozmarzone panny, niczym topielice, zwieszały się z instrumentu, a my, ci, co stali w drzwiach, mówiliśmy szeptem. Muzykę Komedy nazwali Szwedzi jazzem romantycznym, i mieli pewnie racje. Chcę tylko dodać, że z tą romantycznością szła u niego w parze jakaś dostępność (nie: przystępność, a dostępność), poufność i poufałość. Krzyś gospodarował na klawiaturze niewielkimi, skromnymi ruchami dłoni, nie szastał się, nie brał wielkich szopenowskich zamachów, raczej pracował rezolutnie niczym Kopciuszek przy przebieraniu grochu. I Krzyś był prawdziwym milczkiem. Rzeczywistość nie pociągnęła go za język jak rówieśników Matuszkiewicza, więc mógł robić, co mu się żywnie podoba. Zatem milczał sobie i grał. Grał i milczał sobie. Mówiono o nim, że lubi tańczyć, tańczenie to jednak polegało głównie na tym, że huśtał się w miejscu z cierpliwą jakąś dziewczyną, w kątku jakimś do świtu. [Szpetni czterdziestoletni]


* * *


Roman Polański, reżyser:
Jego muzyka była chłodna i nowoczesna, ale biło z niej gorące serce. To był kompozytor muzyki filmowej par excellence. Nadał wartość moim filmom. Byłyby nieważne bez jego muzyki. On był wielki. [We'll Remember Komeda]


* * *


Bernt Rosengren, muzyk:
To był bardzo miły gość. Był lekarzem, ale przede wszystkim chciał grać muzykę. Napisał wiele muzyki do filmu. Był jednym z wielkich artystów, jacy pojawili się w epoce gomułkowskiej po roku 1956, kiedy w Polsce nastąpił rozkwit kultury. Opowiadał mi o pierwszych jam sessions. Muzycy nie znali jeszcze zbyt wielu utworów, grali jeszcze tanga i inne utwory taneczne. (...) Komeda był jednym z pierwszych w Europie muzyków, którzy grali muzykę free. Był naprawdę wielkim gościem. To śmieszne, graliśmy tę muzykę tyle lat temu i ona wciąż jest OK. [Jazz Forum 3/2000]


* * *


Rosław Szaybo, grafik:
Jak dziś widzę drobną, spokojną postać, zgubioną, ale nie zagubioną za fortepianem, z burzą włosów płonącą w świetle punktowego reflektora, za nim czarnego jak noc, z czarną brodą, z czarnym okiem - demonicznego perkusistę - Janka Zylbera (...). W szpitalu leżał zupełnie sam, mimo że byliśmy z nim. Graliśmy mu tę jego kołysankę w nadziei, że w otwartych, niewidzących oczach zjawią się rzeczy, które lubił, że powróci za fortepian i że powróci do nas. [Jazz Forum 1-2/1996]


* * *


Adam Sławiński, dziennikarz:
Z pewnością był osobą, personą. Guru dla młodych, gwiazdą dla publiki, w bezpośrednim obcowaniu sprawiał czasem wrażenie zamkniętego w sobie, nawet nieśmiałego. Potrafił mimo to zadawać kłopotliwe pytania. (...) Z reguły skromny, oceniał czasem swoją muzykę jako "świetną". Mówił to może w tonacji żartu, ale i chyba z poczuciem własnej wartości. Pracował intensywnie, żył jednak przy tym w miarę normalnie. Brał udział w życiu towarzyskim. W jego domu spotykałem muzyków, reżyserów, aktorów (...), znajdował czas na spacery po uliczkach i parku "naszego" wówczas Żoliborza, na wypady poza miasto. W Zakopanem zapamiętale jeździł na nartach, wielkie wrażenie uczyniły nań Bieszczady, które razem z Zosią odkryli dla siebie którejś wiosny. [Jazz Forum 4-5/1999]


* * *


Tomasz Stańko, muzyk:
(...) wiedza poszła od niego. Najlepsze rzeczy intynkownie wziąłem od niego... Nowatorstwo... On miał tę świeżość, nie bał się w tych czasach łamać konwencji, przetwarzać te tematy, tu ad libitum, tu rytm... Miał odwagę w podejmowaniu decyzji artystycznych, niewiarygodną w porównaniu z tym, co ludzie wtedy robili. Ja czułem tę wielkość i nie mogłem... nie miałem swojego zespołu, nie miałem wręcz potrzeby... [Jazz Forum 9/1997]


* * *


Zofia Trzcińska:
Ambicją rodziców jego było, aby studiował medycynę, podczas gdy Krzysio marzył tylko o jednym - chciał zostać pianistą jazzowym. To był jego dramat. Wiedział już wcześniej, że aby studiować musi się rozstać z jazzem, który był dla niego wszystkim. Opowiedział mi wtedy, jak będąc na studiach w Poznaniu, tak był spragniony muzyki, że gdy w niedzielę chodził na poranki filharmoniczne, to słuchając koncertu płakał. A teraz jest już od dwóch lat laryngologiem, pracuje w klinice poznańskiej i nadal nie rezygnuje z grania jazzu. Na szczęście znalazło się kilku takich samych fanatyków jako on i tworzą wspólnie zespół, wymienił nazwiska Wróblewski, Milian, a będą się nazywać "Sekstet Komedy", bo taki sobie wybrał pseudonim. Gdy o tym mówił, emanowała z niego niesłychana pasja, ogromna namiętność świadomego artysty. Uwiódł mnie tym i ja biernie poddawałam się sile jego osobowości. Po paru godzinach wiedziałam, że to jest coś głębszego, coś na całe życie. Nie pomyliłam się! Mimo różnych burz, przez które przechodziło nasze małżeństwo, zawsze trzymaliśmy się razem, wiedziałam i Krzysio wiedział, że wzajem zawsze możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji... [Komeda, Zośka i inni, s. 58]


* * *


Jan "Ptaszyn" Wróblewski, muzyk:
Z Krzysiem można było o wszystkim pogadać poza jego muzyką. Jest to charakterystyczne dla całego środowiska jazzowego. Nikt nie lubi rozmawiać o swojej muzyce. Bywały jednak sytuacje, kiedy pytał, co sądzi się o jego pomysłach muzycznych. Czynił to jednak zawsze bardzo nieśmiało. [Komeda w kołysce, s. 36]



© Komeda.Art.Pl / Ostatnia modyfikacja: 01-01-1970